Tym razem urbexu nie będzie, bo po starym tartaku został tylko komin. Do wspinaczki nadaje się doskonale. Od momentu samego pomysłu do jego realizacji upłynęły 4 lata. Jak dotąd mój najtrudniejszy komin, choć wysoki wcale nie jest (ma 40 metrów).
Na czym polega problem z tym kominem? Nie posiada on "kosza", czyli metalowego zabudowania za plecami wokół drabiny. Wspięłam się 5 metrów w górę i wpadłam w panikę. Nie byłam w stanie się ruszyć ani w górę ani w dół. Absolutna blokada i szok. To czynnik wyłącznie psychologiczny, zwyczajnie masz wrażenie, że bez ochrony za plecami zaraz spadniesz. Wtedy zrezygnowałam i bardzo zdumiona wróciłam do domu. Nie założyłam w ogóle takiego obrotu spraw.
Drugą próbę podjęłam miesiąc później. Historia z napadem strachu się powtórzyła, dlaczego miało być inaczej. Wtedy zastosowałam coś w stylu techniki kontroli umysłu, jak buddyjscy mnisi: umysł cię oszukuje, przestań go słuchać. Rób swoje i nie myśl. Zagrożenie w rzeczywistości nie istnieje. Zadziałało. Posuwałam się w ślimaczym tempie do góry. Weszłam na sam szczyt. Morze satysfakcji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz